Dziewczyna, rower i niebieski motyl

2017-09-08 | Na promie Skandynawia | 4 komentarzy

Poznajcie Marię, dziewczynę która przejechała tego lata 570 km na rowerze po Skandynawii, a do tego robi piękne zdjęcia i tak zachęcająco opisuje swoją wyprawę, że aż sama mam ochotę wskoczyć na rower i podążyć jej śladami. Tyle, że chyba już teraz poczekam do wiosny. I choć obecna pogoda nie nastraja za bardzo do wojaży, to do czytania jak najbardziej!
Dlatego usiądźcie z kubkiem ciepłej herbaty (polecam z cytryną, imbirem i miodem) i sami się przekonajcie 🙂

570 km na rowerze przez piękną Szwecję i malowniczy Bornholm

Gdybym miała tutaj umieścić zdjęcia tych wszystkich pięknych miejsc, które zobaczyłam, z pewnością nie starczyłoby suwaka do przewijania i Waszej cierpliwości. Zainspirowana ofertą dla rowerzystów „Rowerowy Potop”, zaczęłam interesować się południową Szwecją pod kątem tras rowerowych i miejsc do zwiedzania. Po wielu miesiącach dojrzewania pomysłu, w mojej głowie wyklarował się plan przejechania rowerem z Karlskrony do Ystad, a następnie kontynuacja wojaży na Bornholmie. Wieczorem 13 sierpnia wsiadłam na prom Stena Line i następnego dnia przywitałam się z dotychczas niepodbitym przeze mnie lądem – „moją Szwecją”. W jeździe na rowerze uwielbiam poznawać, obserwować i czuć klimat, specyfikę danego miejsca. Z poziomu dwóch kółek można dostrzec rzeczy niezauważalne w codzienności. W swojej relacji opiszę to, co najbardziej utkwiło mi w pamięci danego dnia.

Dzień 1 Karlskrona – Ronneby – Karlshamn | 95 km
Ten dzień spędziłam na zapoznaniu się z nowym otoczeniem. Spotkałam się z otaczającą mnie pustką. Miasteczko, las, dom, pole, kilka domów, pastwisko, łąka, wioska… i tak w kółko. Myślałam sobie „widoki ładne, ale (…)”, ale ciągle zastanawiałam się „(…) gdzie są wszyscy ludzie?”. Uświadomiłam sobie, że jestem w miejscu spokojnym, gdzie dookoła jest przede wszystkim przyroda.

Dzień 2 Karlshamn – Sölvesborg – Åhus | 94 km
Dzień piękny! Dzień, w którym prawie całą drogę jechałam trasą wyznaczoną dla rowerzystów – byłam pod ogromnym wrażeniem tak rozbudowanej infrastruktury! Mijałam wiele pastwisk. Owce, krowy, konie. Szwecja zaczęła pokazywać swoje znaki szczególne – równo ścięta trawa w każdym ogródku (zdradzę sekret: automatyczne kosiarki), kolorowe skrzynki na listy umieszczone jedna obok drugiej, szwedzkie flagi wirujące nad drzwiami domów, brak firan w oknach, wszędobylski porządek i poukładanie. Przepiękne, drewniane molo w Åhus – wcześniej znałam je tylko ze zdjęć. Wisienką na torcie okazał się być nocleg u sympatycznej Szwedki, której dom pokazał mi prawdziwe oblicze skandynawskiego wystroju – wow!

Dzień 3 Åhus – Simrishamn – Glemmingebro | 115 km
Długie kilometry jazdy wzdłuż wybrzeża Morza Bałtyckiego. Moje oczy nie mogły się nacieszyć widokami kolorowych odcieni morskiej wody, różnorodnych plaż, ptaków dzielnie pilnujących nadbrzeżnych kamieni i pejzażami zielonych wzniesień. Spotkałam też ślimaka na środku ścieżki rowerowej, który uświadomił mi, że jestem właśnie takim ślimakiem z domem na plecach. Domem w postaci roweru i sakw. Kiedy dojeżdżałam do Ales Stenar (ok. 100 km za sobą) moja radość rosła, a wraz z nią siła wiatru i satysfakcja, że jestem w stanie go pokonać! Ogromne klifowe wzgórze pokryte było pięknym zielonym dywanem, stadem owiec i kamiennym kręgiem. Widok niesamowity. Wrócę tam na pewno!

Dzień 4 Glemmingebro – Ystad – Rønne – Aakirkeby – Nylars | 58 km
Dzień dumy upiększony o kolejne nadmorskie plaże. I ci uliczni grajkowie w Ystad. Dałam radę: Szwecja, rower i ja! Tyle pięknych widoków, tyle ścieżek rowerowych i to wszystko w tak krótkim czasie! Szwecja jest piękna! To jedyne słowo, jakim mogę ją opisać. Czas pożegnać „moją Szwecję” i przywitać malowniczy Bornholm. Pierwsze wrażenie – więcej mieszkańców, cisza i spokój, czerwone domy i wiatr. I to uczucie, kiedy wjechałam na rondo pasem dedykowanym dla rowerzystów.

Dzień 5 Nylars – Hammershus – Helligdomsklipperne – Nylars | 76 km
Dzień, w którym byłam też wędrowniczką. Podziwiałam malowniczą linię brzegową wyspy, raz zielone, raz niebieskie jeziora Opalsø i Hammersø, urwisko skalne Helligdomsklipperne, zwiedzałam ruiny zamku Hammershus i zobaczyłam kamieniołom granitu. Byłam też w miejscowości na dwie litery – jakiej?:) Zające i sarny biegające po polach, chowające się gdzieś koty, dostojne żurawie i deszcz – moi wierni towarzysze w ostatnich 20 km trasy.

Dzień 6 Nylars – Gudhejn – Nexø – Nylars | 85 km
W Gudhejn wszyscy jedzą śledzia, zjadłam i ja. Na Bornhomlmie popularna jest sprzedaż przydrożna – samotnie stojące drewniane budki oferowały min. warzywa, naczynia, różne figurki, krasnale wymalowane na kamieniach, drewno. Gdzieś obok wisi cennik, gdzieś leży puszka na pieniądze. Transakcji dokonuje uczciwość i zaufanie. Hortensje w ogródkach, rozsiane wzdłuż pól polne kwiaty, w oknach domów wyeksponowane wszelkiego rodzaju przedmioty. Przepiękna linia brzegowa, stare młyny, malownicze pola i pan oferujący mi dopiero co wykopane ziemniaki na kolację – tak zapamiętałam ten dzień.

Dzień 7 Nylars – Dueodde – Nexø | 47 km
W ostatnim dniu było mi trochę przykro, że jest ostatni. Przystanek: plaża w Dueodde. Z racji bardzo jasnego, drobnego piasku i odbijającego się od niego słońca, moja skóra wyglądała na bardzo opaloną. Dla podtrzymania opalenizny, poleżałam trochę na plaży, którą wcześniej podziwiałam ze szczytu pobliskiej latarni. Zanim dotarłam do Nexø, minęłam pole fioletowych wrzosów, kolejne piękne plaże, ciekawy sklep z pocztówkami, kilka przydrożnych budek, sporo rowerzystów z sakwami. Przygodę na duńskiej wyspie zakończyłam wizytą w Parku Motyli. Mój ulubiony miał niebieskie skrzydła. Atmosfera miejsca sprawiła, że czułam się trochę jak w lesie tropikalnym. Był to ostatni punkt do zwiedzenia na mojej mapie rowerowej – pomyślałam o tym bujając się na pobliskiej huśtawce. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Potem przyszedł czas na wewnętrzną radość. Potem na satysfakcję. Dumę odczuwam do tej pory.

Tekst i zdjęcia: Maria Szostak

A gdybyście za pierwszym razem woleli wybrać się do Szwecji z rowerem w większej zorganizowanej grupie, to rzućcie okiem na nasz Rowerowy Potop AZS albo na Dzień na rowerze 🙂

Zdj. główne: henrik_trygg-biking

 

Magdalena Śliżewska

"Może faktycznie to nie my wybieramy nasze podróże, tylko one nas?"- napisała dziennikarka i podróżniczka Martyna Wojciechowska. Coś w tym jest. W końcu dziwnym splotem okoliczności to Skandynawia wybrała mnie... Od kilkunastu lat pracuję w szwedzkiej firmie Stena Line i dzięki temu mam możliwość poznawać tamte strony. A biorąc pod uwagę, że jako absolwentka dziennikarstwa jestem bardzo ciekawska, chłonę tę wiedzę zawsze z wielką chęcią. I z równie dużą przyjemnością podzielę się nią z Wami ;)

  • Sylwia says:

    Czytałam tę historię z zapartym tchem. Autorka nie opisała, lecz namalowała słowem wszystkie te barwne obrazy, te miejsca i pejzaże – trochę dzikie, trochę tajemnicze. Jakże piękne i zachęcające do spakowania paru rzeczy i ruszenia rowerem w nieznane. By poczuć ten wiatr we włosach, spotkać tych przesympatycznych ludzi, nacieszyć oczy przyrodą i doznać tej ciszy, spokoju… Gratulacje za odwagę dla Marysi. Jedni całe życie marzą, inni realizują marzenia.

  • Mirafal says:

    Świetna opowieść! Aż się chce wsiąść na rower i zobaczyć to wszystko na własne oczy 🙂

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany